Zwierzęta nie wyglądały na niedożywione czy pozbawione wody, ale były przetrzymywane w bardzo złych warunkach – zeznały przed sądem pracownice inspektoratu weterynarii w procesie rolnika z podlaskiej gminy Krypno, oskarżonego o znęcanie się nad krowami.
Po anonimowym zgłoszeniu pracownicy Powiatowego Inspektoratu Weterynarii (PIW) w Mońkach wraz z policjantami przeprowadzili interwencję w tym gospodarstwie.
Okazało się, że 22 krowy przebywały w skrajnie trudnych warunkach – w budynkach gospodarczych (w tym jeden nie miał dachu), a część przebywała na zewnątrz. W jednym z budynków stały na uwięzi na bardzo krótkich łańcuchach, ich ruchy były ograniczone, część nie mieściła się na swoich stanowiskach i stała tylnymi racicami w kanale z obornikiem.
Niektóre z nich miały wrośnięty łańcuch w skórę głowy. Krowy na wolnym powietrzu miały pętle na przednich nogach. Na środku posesji policja znalazła też krowę, która nie mogła wstać o własnych siłach. Przykryta była folią i kurtką. Było też cielę, które – prawdopodobnie od urodzenia – nie stawało na nogach, poruszało się w taki sposób, że opierało ciężar ciała na stawach nadgarstkowych.
Ostatecznie – po decyzji wezwanego weterynarza – te dwie krowy, ze względu na ich stan zdrowia, zostały z konieczności uśpione.
Zanim pozostałe zwierzęta zostały zabrane (powinna się tym zająć gmina), rolnik prawie całe stado sprzedał. Gdy w styczniu przeprowadzono u niego kolejną kontrolę, miał cztery krowy i cielę. Obecnie – jak zeznała w czwartek przed sądem żona oskarżonego przesłuchana jako świadek – w gospodarstwie nie ma już żadnych krów.
51-letni rolnik oskarżony jest o znęcanie się nad swoim stadem bydła.
W ocenie śledczych, miało to trwać przez blisko dwa lata, ale Sąd Rejonowy w Białymstoku, przed którym toczy się ten proces, próbuje sam ustalić, ile taki stan trwał.
Takiej informacji nie mieli przesłuchani w czwartek świadkowie – pracownice PIW w Mońkach, urzędnicy urzędu gminy Krypno i weterynarz.
Świadkowie relacjonowali, jaki stan zastali w gospodarstwie. Zwracali uwagę na bardzo złe warunki, w jakich bytowały zwierzęta. Jednocześnie przyznali, że nie było widać stanu niedożywienia czy odwodnienia tych krów ale – z drugiej strony – w zeznaniach padły słowa, iż w dniu kontroli zwierzęta nie miały stałego dostępu do wody i paszy.
Rolnik nie ma adwokata, broni się przed sądem sam.
Oskarżycielem posiłkowym w sprawie jest stowarzyszenie Prawnicy na Rzecz Zwierząt. W śledztwie 51-latek przyznał się do zarzutów. Mówił wówczas, że nie chciał zrobić swoim zwierzętom krzywdy, ale przerosła go praca w gospodarstwie, którą musiał wykonywać w pojedynkę, gdy zachorowała jego żona.
Ona sama potwierdziła to w czwartek przed sądem. – Zwierzęta były napojone, nakarmione, w obu chlewach są okna i dostęp do światła – mówiła, odpowiadając na zarzuty wobec jej męża.
Zwracała uwagę, że choroba uniemożliwia jej pracę w gospodarstwie i pomoc w tym mężowi, a obornik nie był wywożony m.in. z tego powodu, że był zepsuty ciągnik. Przyznała, że budynki wymagałyby modernizacji.
Po przesłuchaniu świadków wymienionych w akcie oskarżenia sąd nie zamknął przewodu sądowego. Rozważa bowiem, czy go nie poszerzyć. Chodzi przede wszystkim o próbę ustalenia, jak długo zwierzęta były w tych złych warunkach przetrzymywane. Proces został odroczony bezterminowo.(PAP)
Red. OKO
Fot. Policja Mońki
PAP

