„Koń kiedyś był podporą gospodarstwa. Dzisiaj jest pasją”. W Ciechanowcu zaprzęgi znów przyciągnęły tłumy
Konie, tradycyjne bryczki, sportowa rywalizacja, ale przede wszystkim ogromna pasja – w Ciechanowcu odbyły się XXII Podlaskie Zawody Tradycyjnego Powożenia Zaprzęgami Konnymi. Dla uczestników to nie tylko walka o zwycięstwo. To przede wszystkim spotkanie ludzi, których łączy miłość do koni i tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie.
W niedzielę, 30 sierpnia, tereny rekreacyjne firmy TOMEX w Ciechanowcu ponownie zamieniły się w arenę zmagań miłośników tradycyjnego powożenia. XXII Podlaskie Zawody Tradycyjnego Powożenia Zaprzęgami Konnymi połączono z piknikiem rodzinnym. Wydarzenie rozpoczęła msza święta w kościele pw. Trójcy Przenajświętszej, a następnie uczestnicy przenieśli się na miejsce zawodów.
Na placu pojawiły się liczne zaprzęgi, a zawodnicy rywalizowali na specjalnie przygotowanym torze. Jak podkreślają uczestnicy, w tej dyscyplinie liczy się nie tylko szybkość. Ogromne znaczenie ma zgranie człowieka z koniem, przygotowanie zwierzęcia oraz precyzja podczas pokonywania przeszkód.
„Nikt nam tej fantazji nie odbierze”
Jednym z uczestników zawodów był Tadeusz Kalinowski. Jak mówi, dla miłośników koni nie zawsze są to łatwe czasy, jednak pasja pozostaje silniejsza od problemów.
– Ciężkie czasy nastały dla koniarzy. Kłody są rzucane cały czas pod nogi. Ale mamy w sobie to fajne ułaństwo i fantazję i tego nikt nam nie odbierze, pomimo trudnych czasów – mówił.
Podkreślał również, że zawody w Ciechanowcu są czymś więcej niż sportową rywalizacją.
– Wszyscy ze sobą rozmawiają. Ten temu podpowie jedną rzecz, drugi podłapie to. I już to wszystko pięknie trwa i rozwijamy się – mówił.
Tegoroczna impreza była już 22. edycją zawodów w Ciechanowcu. Zdaniem Tadeusza Kalinowskiego szczególnie ważne jest to, że w środowisku pojawia się coraz więcej młodych osób.
– Nie można powiedzieć, że już z młodych ludzi nie rodzi się koniarz. Rodzi się. Tam gdzieś gen przeskoczy z dziadka, z pradziadka albo jeszcze z prapra – żartował. – Są naprawdę zamiłowani młodzi zawodnicy. To jest fajne, że wśród młodych znajdują się tacy szaleńcy, zapaleńcy.
Jak mówił, kiedy ktoś „złapie” bakcyla, trudno go od koni odciągnąć.
– Jak on ma w sobie ten gen koniarski, to jemu nikt tego nie wyplewi. On chleba nie zje, a koniowi da – mówił z uśmiechem.
Nie jadą tylko po puchary
Dla wielu zawodników wynik jest ważny, ale nie jest najważniejszy. Robert i Karolina Krakówka przyznają, że zawody są przede wszystkim okazją do spotkania z innymi miłośnikami koni.
Ich przygoda z powożeniem zaczęła się od córki, która wcześniej jeździła konno pod siodłem.
– Kolega zaszczepił córkę, bo jeździła wcześniej pod siodłem. Wziął ją raz, drugi, pokazał, później do Bogusławic ją wziął na takie konkretne zawody. Przyjechała do domu i mówi: „Tata, jeździmy zaprzęgiem” – wspominają.
Trzeba było więc przygotować zaprzęg. I tak rozpoczęła się przygoda, która trwa do dziś.
– Staramy się uczestniczyć w każdych zawodach gdzieś tutaj w okolicy. Nigdy się nie jedzie po nagrodę. Głównie jedziemy się spotkać z kolegami, pośmiać się – mówią.
Zawody są również okazją do wymiany doświadczeń i informacji dotyczących koni.
– Zawsze kogoś tam można zapoznać, coś wymienić, czy końmi, czy coś. Każdy coś tam wie, kto ma do sprzedania, kto ma do kupienia – dodają.
Coraz więcej młodych i coraz więcej kobiet
Uczestnicy zauważają również zmianę, jaka zachodzi w środowisku. W zawodach pojawia się coraz więcej młodych osób, a za lejce coraz częściej siadają również dziewczyny.
– Chcą jeździć z zaprzęgami. Coraz więcej młodzieży i coraz więcej dziewczyn, coraz właśnie powozi więcej dziewczyn – zauważa Robert Krakówka.
Ich zdaniem warto wspierać młodych pasjonatów, dopóki mają możliwość rozwijania swoich zainteresowań.
– Trzeba jakoś to umożliwić, starać się przynajmniej. Dopóki się daje rady, to niech sobie jeżdżą, niech się tam doświadczają – podkreślają.
Z pięciu koni zrobiło się czterdzieści
O tym, jak silna potrafi być pasja do koni, mówił również Bartłomiej Florczuk.
– Tradycja, pasja do koni. Było pięć koni, dziesięć, teraz jest czterdzieści koni – mówił.
Dziś konie nie wykonują już tej samej pracy co dawniej. Zaprzęgi stały się przede wszystkim sposobem na pielęgnowanie tradycji i spędzanie czasu z innymi pasjonatami.
– Konie, zaprzęgi, praca w polu kiedyś była. Teraz już tak konie lżej pracują. Raz w niedzielę się przejechać i wszystko, spotkanie się ze znajomymi – opowiadał.
W zawodach znaczenie ma jednak nie tylko doświadczenie powożącego. Liczy się również charakter konia.
– Koń musi mieć ikrę w sobie, taką ostrą do zawodu. Nie każdym koniem się zawody wygra i nie każdą bryczką – zaznaczył Florczuk.
Pasja przekazywana z pokolenia na pokolenie
Dla Michała konie są rodzinną tradycją.
– Taka pasja rodzinna przekazywana z pokolenia na pokolenie. Mój tata właśnie tam stoi, też jeździ. Od małego gdzieś były te konie i się jeździ – mówił.
Podkreślał, że samo pojawienie się na zawodach daje satysfakcję, nawet jeśli nie uda się zdobyć miejsca na podium.
Droga do startu nie jest jednak łatwa. Koń musi być odpowiednio przygotowany i oswojony z sytuacjami, które mogą pojawić się podczas zawodów.
– To jest długi czas przygotowania. Na początku konia trzeba obłuczyć, to też jest długotrwały proces. Później wiadomo, jazda, żeby tym koniem przyjechać. Teraz samochody, motory, głośne wszystko jest, no i trzeba przyzwyczaić powoli do wszystkiego konia – tłumaczył.
W jego przypadku tradycja jest niemal rodzinnym obowiązkiem.
– Hodował mój dziadek, mój tata, to i ja będę hodował – mówił.
„My wiecznie żyć nie będziemy”
Na zawody do Ciechanowca od lat przyjeżdża również Tomasz Dłuski. Jak podkreślał, uczestniczy w nich od pierwszych edycji.
– Przyjeżdżamy od pierwszych zawodów, co roku startujemy w tych zawodach. Ogólnie na Podlasiu jest dużo zawodów w powożeniu zaprzęgami konnymi. No i tak tradycję trzymamy, jeździmy – mówił.
Jego zdaniem poziom rywalizacji z roku na rok rośnie. Organizatorzy przygotowują coraz trudniejsze parkury, z większą liczbą bramek i bardziej wymagającymi przejazdami.
– Parkour jest co roku trudniejszy. Coraz więcej bramek, coraz bardziej kręte te drogi – zauważył.
Cieszy go jednak przede wszystkim rosnące zainteresowanie młodych.
– Jest dużo młodych uczestników, bardzo dobrze, bo coraz bardziej jest młodszych i chcą jeździć. Bardzo dobrze, no bo ktoś będzie w końcu nas zastępował. My wiecznie żyć nie będziemy – mówił.
„Koń jest w duszy polskiego rolnika”
Maciej Skowron, związany z końmi od dzieciństwa, zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt zawodów. Jego zdaniem tradycyjne powożenie jest częścią polskiej kultury i historii wsi.
– Z końmi związane całe życie, od dziecka. Jako jeździec, jeździec sportowy, organizator zawodów, jako lekarz weterynarii – mówił.
Przypominał, że jeszcze stosunkowo niedawno koń był podstawowym zwierzęciem wykorzystywanym w gospodarstwach.
– Jeszcze jedno pokolenie, a w zasadzie kilka lat temu, to jeszcze rolnicy tutaj na Podlasiu, na granicy Mazowsza i Podlasia, pracowali końmi – zaznaczył.
Jego zdaniem właśnie dlatego tradycja powożenia ma w regionie tak mocne podstawy.
– To jest w duszy polskiego rolnika, ten koń, te zaprzęgi. Dlatego Polacy lubią takie – mówił.
Sam dba o to, by końska pasja była przekazywana dalej. Na zawody przyjechał między innymi z wnukami.
– Wszystkie nasze wnuki jeżdżą konno i ćwiczą woltyżerkę i każdą inną działalność związaną z końmi – mówił.
Koń i człowiek – jedna drużyna
Uczestnicy zawodów zgodnie podkreślają, że w powożeniu nie chodzi wyłącznie o osiągnięcie najlepszego czasu. Najważniejsze jest zgranie człowieka i zwierzęcia.
W Ciechanowcu spotkali się więc nie tylko zawodnicy walczący o puchary. Spotkali się hodowcy, rolnicy, miłośnicy tradycji i całe rodziny, dla których konie są częścią codziennego życia.
I choć czasy się zmieniły, jedno pozostaje niezmienne – potrzeba kontaktu z koniem i ludźmi, którzy tę samą pasję rozumieją bez słów.
Red. Marta Śliwińska
Fot. Marta Śliwińska Podlaskie24.pl
























