Na dnie Siemianówki zostały ich domy

Na dnie Siemianówki zostały ich domy. „Nawet teraz mogę powiedzieć, gdzie kto mieszkał”. ,,Jak ojciec konia musiał sprzedać to myślałam, że powiozą go do Choroszczy”.

Dziś patrzą na wodę i widzą coś więcej niż zalew. Widzą swoje domy, podwórka, sąsiadów, drogę do sklepu, rzekę, przy której spotykała się młodzież, i ludzi siedzących wieczorami na ławeczkach. W sobotę, 12 września, podczas wydarzeni „Z dna Siemianówki – tutaka byli wioski, żyli ludzi i twaryli…” wróciły wspomnienia o miejscach, które zniknęły pod wodą Zbiornika Siemianówka.

Powstanie zbiornika było ogromną inwestycją, ale dla mieszkańców tego terenu oznaczało przede wszystkim konieczność opuszczenia rodzinnych domów. Pod budowę zalewu wykupiono i wywłaszczono 289 gospodarstw z ośmiu wsi i kolonii. Całkowicie zlikwidowano m.in. Rudnię, Garbary, Bołtryki, Budy i Łukę. Dla wysiedlonych mieszkańców wybudowano mieszkania m.in. w Bondarach i Michałowie, a także powstała Nowa Łuka. Pierwsze prace przy budowie rozpoczęły się w 1977 roku, a piętrzenie wody ruszyło w 1988 roku.

Dzisiaj po dawnych wsiach pozostały przede wszystkim fotografie, dokumenty, wspomnienia i opowieści mieszkańców.

„Jak się spojrzę przed zalew, to tam widzę, gdzie ta wioska była”

Eugenia Artemiuk przyznaje, że choć od wysiedlenia minęły dziesięciolecia, wspomnienia wciąż są bardzo żywe.

„Jakoś tak smutno jak się spojrzę przed zalew, to tam widzę, gdzie ta wioska była. Nawet teraz mogę po kolei powiedzieć, gdzie kto mieszkał kiedyś”.

To właśnie takie szczegóły sprawiają, że historia zatopionych wsi nie jest tylko opowieścią z dawnych dokumentów.

Maria Chlabicz pamięta Rudnię tak dokładnie, jakby jej mieszkańcy nadal byli po sąsiedzku.

„Żywe i tak mocno żywe. Jak wspomnisz, to płakać się chce cały czas”.

Mieszkała w Rybakach, około kilometra od Rudni. Z tamtego miejsca słyszała transporty, które zabierały kolejne elementy dawnego życia.

„Słyszałam każdy samochód, zdaje się, każdy transport, jak rozwozili, to wioskę już zabierali. Ktoś sprzedał, ktoś kupił i wywozili. Jak ludzie wyjeżdżali, ile to było wszystkiego”.

Jej wspomnienia pokazują, że Rudnia nie była po prostu miejscowością zaznaczoną na mapie. Byli tam gospodarze, rzemieślnicy i usługodawcy.

„Tata miał gospodarstwo duże i potem posprzedawali, wszystko musieli sprzedać. Ojciec konie tak lubił i w ogóle, no i dobrzy gospodarze. I tkali, i przędli, i dachówkę robili w Rudni. Wszystko, wszystko. I fotograf zdjęcia robił, i krawcy, i zdun był też”.

Sklep, ławeczka i pomoc sąsiedzka

Halina Gryko wspomina codzienność jednej z dawnych wsi. W centrum tej opowieści jest sklep i charakterystyczna ławeczka.

„Tu jeszcze Andruszkiewicz mieszkał, ten z boku domek był, tak w głąb podwórka, a to dom duży był, a tu sklep był i zawsze w niedzielę przychodziła sklepowa, sprzedawała piwo. To siedzieli oto wszyscy i na piwo już czekali”.

Ale najważniejsze było to, że ludzie byli razem także wtedy, kiedy trzeba było sobie pomóc.

„A jak zaczęło chmurzyć się, to kto ma żyto, kto ma siano, to wszyscy brali furmanki, jechali, wszystko pomagali, jeden drugiemu zwozili, żeby deszcz nie zmoczył”.

A kiedy praca była już wykonana, wracali na ławeczkę.

„To pozwozili, później znów poszli na piwo już za to odwdzięczyć się”.

Dziś taka codzienność może wydawać się odległa. Dla osób, które tam żyły, była zwyczajnym życiem.

„Było ciężko, ale było wesoło”

Eugenia Artemiuk pamięta wieś także jako miejsce, w którym młodzi ludzie mieli swoją przestrzeń.

„Była rzeka z jednej strony wioski, z drugiej strony było nas dużo młodzieży. Na niedzielę to było nad rzeką, zabawy były, później klub był, to w klubie zabawy były, bardzo fajnie było”.

Dzieciństwo nie było jednak beztroskie. Pomoc w gospodarstwie zaczynała się wcześnie.

„Nie było wakacji, tylko trzeba było w pole chodzić i przy żniwach, i przy sianie. Ale najgorsze to było pasanie krów”.

Mimo tego tamte lata wspomina z ogromnym sentymentem.

„Bardzo miło wspominam te lata spędzone na wiosce, bardzo miło”.

W pamięci została także rodzina. Eugenia wspomina, że jej rodzice i wujek mieszkali razem.

„To tak jakby jeden dom był, bo razem mieszkali, oni nigdy się nie rozdzielili”.

I nawet rodzinne kłótnie przy stole po latach są częścią ciepłego wspomnienia.

„Tato z wujkiem mogli się pokłócić, a to najśmieszniej było, jak oni się kłócili przy jedzeniu. (…) Jeden łyżkę rzucił, drugi łyżkę rzucił, a żony siedzą i śmieją się. Mówię: my dokończymy jedzenie i pójdziemy do roboty”.

Jak podsumowuje:

„Było wesoło po prostu, ciężko było, ale było wesoło”.

Najtrudniej było starszym

Wysiedlenie szczególnie mocno dotknęło ludzi starszych. Andrzej, Mirosław i Aleksander zwracają uwagę, że dla osób, które przez całe życie mieszkały w jednym miejscu, przeprowadzka do bloku oznaczała właściwie całkowitą zmianę dotychczasowego świata.

„Niektórzy jak poszli do bloku, to poumierali za rok, za pół roku. Tęsknota, jak to się mówi”.

I dalej:

„Większe przeżycie chyba było dla starszych ludzi, bo musieli zmienić swoje w ogóle miejsce. (…) Całe życie się zmieniło”.

Człowiek, który przez 60 czy 70 lat miał swoje gospodarstwo, pracował na ziemi i był przyzwyczajony do określonego rytmu dnia, nagle znalazł się w mieszkaniu w bloku.

„Wygonili do bloków, a co taki człowiek całe życie 60 czy 70 lat robił, co on będzie w bloku, z jednego okna do drugiego. Nic nie ma do pracy”.

„Chciałoby się, żeby te czasy wróciły”

Halina Gryko mówi wprost o tęsknocie za miejscem, którego już nie można odzyskać.

„Ciężko było, ciężko. (…) Chciałoby się, żeby te czasy wróciły i tam wrócić”.

Wspomina zabawy organizowane przez mieszkańców, śpiewy i spotkania młodzieży.

„Starsi robili w sobotę zawsze, obrządzą się wcześniej, z pola wrócą i zabawa na moście, gdzie Łuplanka płynęła. I śpiewy byli”.

Dziś w tych miejscach jest inaczej. Jest woda i cisza.

„Tato mówi: no widzicie, jak śpiewano kiedyś, a teraz jest cicho”.

Dla Haliny Gryko to właśnie utrata tej codziennej wspólnoty jest jednym z najbardziej bolesnych elementów wspomnień.

„Tęsknota za domem. Mieszkałam w różnych miejscach, a najbardziej tutaj tęsknię”.

„Nawet nie chcę tutaj przychodzić”

Maria Chlabicz przyznaje, że przez lata próbowała się pogodzić z tym, co się wydarzyło.

„Niby się pogodziłam, ale właśnie w takich momentach wspomnienia, to nie wiem, ja się rozczulam bardzo”.

Znała mieszkańców i ich domy. Pracowała przez 20 lat w sklepie spożywczym w Bondarach, dzięki czemu znała ludzi z całej okolicy.

„Znałam wszystkich ludzi i te domy, znałam wszystko”.

Dziś pozostała woda.

„Ale nie ma już i teraz przyjdę do wody i nawet nie chcę się tutaj przychodzić, prawdę powiem”.

Pamięć zapisana na fotografiach

Jedną z osób, które od lat dokumentują historię zalanych miejscowości, jest Aleksander Kardasz. Jest autorem książki „Obraz, którego nie ma. Zalew Siemianówka”, wydanej po raz pierwszy w 2017 roku. Publikacja powstała na podstawie fotografii, dokumentów i relacji związanych z dawnymi miejscowościami.

Kardasz ma zresztą szczególną perspektywę. Jako inżynier był związany z budową zbiornika, a jego rodzina pochodziła z jednej z wysiedlonych wsi. Przez lata zbierał fotografie i wspomnienia mieszkańców.

W 2020 roku w Bondarach realizowany był projekt „Rudnia – Dziedzictwo Zatopionych Wsi”, którego celem było przypomnienie historii miejscowości, które zniknęły w związku z budową zbiornika. Powstały m.in. plenerowe mapy pokazujące układ dawnych wsi, numery gospodarstw, nazwiska rodzin i charakterystyczne miejsca. Projekt obejmował Rudnię, Garbary, Bołtryki, Budy, Starą Łukę oraz kolonie Bachury, Tarnopol i Siemianówkę.

To kolejny dowód na to, że pamięć o tych miejscach nie kończy się wraz z ich fizycznym zniknięciem.

„Składam im hołd”

Dla Aleksandra Kardasza zachowywanie tych historii jest czymś więcej niż dokumentowaniem przeszłości.

„Ten zbiornik, no, mi najbardziej szkoda tych starych, starych ludzi, którzy tutaj się urodzili, spędzili dzieciństwo, spędzili swoją młodość, swoje pierwsze miłości, ciężką, ciężką swoją pracę”.

Opowiada o ludziach, którzy od najmłodszych lat pracowali na gospodarstwach.

„To lud biedny, sumienny, uczciwy, pracowity bardzo, ale wcześniej wstawali, swoimi rękoma wszystko robili i zdążyli obrobić swoje te trudne, ciężkie ziemie”.

A jednak, mimo ciężkiej pracy, znajdowali czas na wspólne życie.

„Mieli wieczorami czas spotykać się z ludźmi na ławeczkach, trochę pocieszyć się, porozmawiać, a po kilku godzinach znowu się, jak drugi kogut zapieje, wstawać i brać się do roboty”.

Dlatego Kardasz traktuje swoje działania jako rodzaj podziękowania dla tych, których historia została związana ze zbiornikiem.

„Tylko ja przez tę pamięć i szacunek dla tych ludzi, z którymi rozmawiałem, jak gdyby to, co teraz tu robię, jak gdyby składam dla nich w hołd, podziękowanie za te słowa, które mi przekazali, za te zdjęcia ze swoich archiwów, które udostępnili”.

I dodaje:

„Za to wszystko im dziękuję i tutaj wielu, wielu ich już tu nie ma, może z góry spoglądają”.

Dziś nad Siemianówką trudno zobaczyć dawną Rudnię, Bołtryki, Garbary, Budy czy Łukę. Woda przykryła drogi, podwórka i miejsca, w których przez pokolenia toczyło się życie.

Ale kiedy stoją tu ludzie, którzy pamiętają, gdzie stał czyj dom, gdzie był sklep, gdzie spotykała się młodzież i którędy jeździły furmanki, okazuje się, że tych wsi nie da się całkowicie zatopić.



Red. Marta Śliwińska Podlaskie24.pl

Fot. Marta Śliwińska Podlaskie24.pl

0 0 votes
Article Rating
  • Lider nowy

Powiązane artykuły:

Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments

Partnerzy