Odsadzanie źrebiąt, troska o klacze, praca na pastwiskach. W gospodarstwie Jerzego Kondratiuka z Ciełuszek w gminie Zabłudów hodowla to codzienność i sposób na życie.
Choć hodowca jest już na emeryturze, z końmi wciąż nie zamierza się rozstawać.
W gospodarstwie Jerzego Kondratiuka przyszedł czas na odsadzenie trzech źrebiąt. Młode konie miały od sześciu do siedmiu miesięcy. To moment, w którym trzeba je oddzielić od matek, zwłaszcza że klacze są już ponownie źrebne.
„– Jeden ma sześć miesięcy, drugi sześć i pół, a trzeci siedem. Już czas najwyższy odsadzać, bo i kobyły zaciągają, kobyły znowu źrebne, to trzeba odsadzić już – wyjaśnia hodowca.
Po rozdzieleniu klacze wrócą na pastwisko, a źrebięta pozostaną w gospodarstwie. Po kilku dniach mają przyzwyczaić się do nowej sytuacji i pobierania paszy bez mleka matki.
– Źrebaki zostaną w domu, a później będę je wypuszczał oczywiście wybieg, tylko muszą trochę poczekać – dwa, trzy dni, cztery i już zapomną o mleku, będą jeść siano, słomę – opowiada Jerzy Kondratiuk.
Takie prace wymagają cierpliwości i znajomości zwierząt. Nie wszystkie konie od razu chcą współpracować, a przy wyprowadzaniu stada trzeba zachować spokój i odpowiednio je poprowadzić.
Jerzy Kondratiuk hoduje konie zimnokrwiste w typie sokólskim.
To praca wymagająca czasu, wiedzy i odpowiedniego doboru hodowlanego. Na uzyskanie uprawnień hodowlanych przez młode konie trzeba poczekać, a sama hodowla nie kończy się na odchowaniu źrebięcia.
– Trudno wyhodować i trudno sprzedać, bo teraz kupców nie ma – przyznaje hodowca.
Jak zauważa, sytuacja na rynku jest trudna. Ceny nie satysfakcjonują hodowców, a zainteresowanie zakupem koni pozostaje niewielkie. Podczas aukcji w Szepietowie, jak wspomina, sprzedano zaledwie kilka ogierów, a pozostałe konie wróciły z właścicielami do gospodarstw.
– Ludzie sprzedają konie, wyprzedają, mniej kryją, a jak dalej będzie, to nie mam pojęcia. Powinna cena podskoczyć moim zdaniem tych koni – mówi Jerzy Kondratiuk.
Niepokoi go również to, że z hodowli znikają wartościowe zwierzęta. Przy braku kupców i niskich cenach nawet dobre konie bywają sprzedawane na ubój, podczas gdy hodowcy muszą podejmować trudne decyzje dotyczące dalszego prowadzenia stad.
Znaczenie mają także koszty utrzymania.
Pomocą są programy wsparcia, choć – jak podkreśla rozmówca – nie rozwiązują wszystkich problemów. Prowadzenie hodowli wymaga bowiem nie tylko pracy, ale również cierpliwości i gotowości do ponoszenia wydatków przez długi czas.
W gospodarstwie Jerzego Kondratiuka ważną rolę odgrywają również użytki zielone. Hodowca ma 50 hektarów ziemi objętej systemem rolnictwa ekologicznego. Dzięki temu może wykorzystywać własne zasoby paszowe i zapewniać koniom dostęp do pastwisk.
– Mam wszystkie pola w ekologii, 50 hektarów. Wystarcza – mówi.
Jak podkreśla, konie chętnie pobierają różnorodną roślinność występującą na łąkach. Dobre pastwiska to istotny element utrzymania stada, szczególnie w czasach, gdy hodowcy muszą uważnie liczyć koszty.
Jerzy Kondratiuk nie ukrywa, że przyszłość hodowli koni zimnokrwistych budzi jego obawy. Młodych hodowców jest niewielu, a wejście w tę działalność wymaga czegoś więcej niż tylko pieniędzy i miejsca dla zwierząt.
– Młodych hodowców mało jest. Jak zaczyna hodować od małego, to będzie hodował, a taki hodowca, który ma 40 lat i zaczyna konie hodować, to z niego hodowcy nie będzie – przekonuje.
Według niego zamiłowanie do koni kształtuje się przez lata.
Kto dorasta wśród zwierząt, poznaje ich zachowanie i uczy się codziennej pracy, często pozostaje przy hodowli przez całe życie.
– Jak od małego dzieciaka będziesz konie hodował, to będziesz hodował i do samej śmierci. Tak samo jak ja, jak córka moja i dużo takich – mówi.
Sam jest już emerytem, ale nadal prowadzi hodowlę. Wciąż dogląda koni, planuje kolejne krycia i myśli o tym, co przyniesie następny sezon. Na razie nie zamierza rezygnować.
Red. Marta Śliwińska Podlaskie24.pl
Fot. Marta Śliwińska Podlaskie24.pl













