Pokonałam siebie. Byłam w piekle. Teraz wracam. Wywiad z Marią Andrejczyk

Rok 2016 to był jej rok. Podczas kwalifikacji do turnieju finałowego na Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro ustanowiła nowy rekord Polski. W konkursie finałowym zajęła czwarte miejsce. Od podium dzieliły ją dwa centymetry. Dobrą passę przerwały problemy zdrowotne. Teraz powraca. Dojrzalsza i silniejsza znów będzie walczyć o swoje marzenia. Nie ukrywa, że do sportu podchodzi też praktycznie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zdolność rzucania do ruchomego celu może przydać się w życiu. Mądra, pracowita, piękna i do tego z Podlasia. Taka jest oszczepniczka Maria Andrejczyk.

Byłaś odkryciem 2016 roku. Świetnie wypadłaś podczas Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro. W finale zajęłaś czwarte miejsce. Niewiele zabrakło, by znaleźć się na podium. Minęło trochę czasu… Czy z perspektywy tych prawie 3 lat traktujesz to jako sukces, porażkę, czy motywację do dalszej pracy?

Po trzech latach mogę powiedzieć, że to był sukces. Wystąpiłam na Igrzyskach Olimpijskich mając 20 lat. Dziś jestem starsza i bogatsza o pewne doświadczenia. Dlatego z perspektywy tego czasu, który upłynął, mogę śmiało powiedzieć, że to był mój największy sukces w życiu. Oczywiście plany mam ogromne pomimo różnych problemów zdrowotnych i różnych innych wydarzeń, jakie przechodziłam. Jeszcze bardzo dużo chcę w życiu osiągnąć. Natomiast jestem wdzięczna za to, że jednak nie udało mi się zdobyć tego medalu. Te dwa centymetry, które dzieliły mnie od medalu i które dały mi wtedy tyle łez, teraz są największą motywacją do tego, żeby walczyć dalej o te moje wszystkie marzenia.

Po zakończeniu Igrzysk wielokrotnie podkreślałaś, że stać Cię na więcej.  Później na dłuższy okres zniknęłaś. Zmagałaś się z problemami zdrowotnymi. Teraz wracasz. Czujesz się mocniejsza, silniejsza?

Zdecydowanie. Pomimo, że na początku było ciężko, były różne stany psychiczne naprawdę złe, to uważam, że udało mi się to wszystko przejść i mam nadzieję, że to, co najgorsze jest za mną, a byłam naprawdę w ciemnym miejscu. Było źle, co może potwierdzić moja rodzina. Dzięki temu, że znajdowałam się, można to powiedzieć, w piekle, teraz wiem, że mogę naprawdę dużo. Pokonałam siebie, pokonałam swoje słabości i teraz tak naprawdę nic nie jest mi straszne.

Ostatnie zawody na Słowacji pokazują, że to, co najgorsze jest już za Tobą. Znów założyłaś biało-czerwoną koszulkę. I znów walczysz?

Tak. Bardzo się cieszę, że konkurs odbył się w moje urodziny, o czym zawsze marzyłam, a wiedziałam, że to nie jest do końca możliwe, ponieważ w marcu zazwyczaj nie ma zbyt wielu startów lekkoatletycznych. Ułożyło się bardzo fajnie. 9 marca był pierwszy inauguracyjny start w tym roku. Drugi sezon po operacji i można powiedzieć, że zaczęłam go naprawdę bardzo udanie. Pierwsze 60 metrów po operacji barku, więc nadzieje są duże, natomiast myślę, że trzeba spokojnie do tego podchodzić. Po pierwsze to był marzec, po drugie pogoda wtedy była trochę korzystna. Wiał dość mocny wiatr, a z racji tego, że oszczep kobiecy waży tylko 600 gram, to może polecieć dalej dzięki właśnie takim podmuchom wiatru. Z trenerem spokojnie idziemy do przodu, spokojnie realizujemy cały plan, który założyliśmy na ten sezon przygotowawczy. Oczywiście, główna impreza jest dopiero pod koniec września, czyli jeszcze trochę czasu przed nami, ciężkiej pracy i startów, więc zobaczymy, jak to będzie wyglądało.

Sport kształtuje silną osobowość, czy trzeba mieć silną osobowość, żeby uprawiać sport?

Myślę, że kształtuje. Znam siebie bardzo dobrze i wiem, że kiedyś, kiedy zaczynałam przygodę ze sportem i nie byłam w stanie walczyć, to nie potrafiłam tego pokazać. A teraz wiem, że mogę zacisnąć zęby, że pomimo wielu przeciwności, które potrafią się zdarzyć nawet na pięć minut przed samym konkursem, potrafię się niesamowicie zmobilizować się i uważam, że zdecydowanie sport naprawdę nas kształtuje.

Zmieniłaś szkołę. Przeniosłaś się z Uniwersytetu w Białymstoku do Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Suwałk. Wszystko dla sportu?

Wszystko dla sportu. W Białymstoku bardzo mi się podobało, trafiłam na świetną grupę, świetnych ludzi i wykładowców. Poniekąd żałuję, że się przeniosłam, ponieważ tutaj już się zadomowiłam, ale z racji tego, że mój trener jest z Sejn, tam ma rodzinę i pracę, musiałam się przenieść do Suwałk. Decyzja też była dobra, ponieważ znów spotkałam wspaniałych ludzi, pomocnych przede wszystkim. Uczelnia w Suwałkach również bardzo mi pomaga, więc mam to szczęście, że zawsze trafiam na bardzo pozytywne osoby, które mi pomagają, jak tylko mogą. Także nieważne, czy Białystok, czy Suwałki, studiuje mi się dobrze.

Pochodzisz z niewielkiej miejscowości Kukle w powiecie sejneńskim. Na pewno miałaś wiele propozycji, nie tylko z różnych miejsc Polski, ale też i świata. Wybrałaś jednak Podlasie, dlaczego?

Jestem z Podlasia, jestem z Suwalszczyzny. Jestem zakochana w tych terenach i nie wyobrażam sobie życia nigdzie indziej. Nie potrafiłabym się odnaleźć w większym mieście, nie potrafiłabym się odnaleźć w innym regionie Polski. Jestem stąd i utożsamiam się bardzo z tymi terenami. Dla mnie nie było innego wyboru.

A jak na Twoje sukcesy reagowała lokalna społeczność?

Bardzo mi kibicowali. To było wręcz niesamowite, że ludzie, których tak naprawdę nie znam, ponieważ nie miałam możliwości ich poznać z racji mojego trybu życia, mimo wszystko mi kibicowali, trzymali kciuki. Wiem to z relacji moich rodziców, którzy cały czas są ze mną, opowiadają mi wszystko, co się dzieje w Kuklach, w Sejnach, w naszym środowisku. To jest niesamowicie miłe, bo wiem, że gdy staję na rozbiegu na stadionie gdzieś daleko od Polski, od swoich bliskich, to wiem, że startuję dla nich, dla tych wszystkich, którzy miedza przed telewizorem o 2.00 w nocy, trzymają kciuki i kibicują mi. To jest niesamowite.

Jak zmieniło się Twoje życie po Rio, bo na pewno stałaś się bardziej rozpoznawalna, ale też wzrosły oczekiwania względem Twojej osoby…

Zmieniło się, ale nie powiedziałabym, że diametralnie. Faktycznie rozpoznawalność nieco wzrosła i oczekiwania, szczególnie moje oczekiwania co do siebie wzrosły. Natomiast operacja trochę to wszystko zweryfikowała, trochę pozmieniała. Teraz nabrałam znacznie więcej dystansu do tego, co się wokół mnie dzieje. Zaraz po Igrzyskach było mi z tym ciężej, też z racji tego, że nie byłam jeszcze doświadczona w tych tematach, nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzić. Jednak dzięki zimnej głowie moich rodziców i mojego trenera, sodówka nie uderzyła mi do głowy. Super sobie z tym wszystkim poradziliśmy i teraz wiem, że jestem sfokusowana wyłącznie na sporcie, a nie na byciu celebrytką.

Jak wygląda zwykły dzień Marii Andrejczyk?

Ciężko. Jest bardzo długi. Muszę wstać wcześnie. Jeżeli to jest dzień, kiedy idę na uczelnię, to wstaję około godziny 6.00 rano. Muszę zrobić rozruch, czyli pół godziny biegania. Następnie wykonuję wszystkie ćwiczenia rehabilitacyjne na bark, stawy skokowe i kolana, bo niestety mój organizm jest już nieco wyeksploatowany. Muszę bardzo dbać o to, aby zapobiegać innym kontuzjom. Tak ma zresztą każdy sportowiec na tym poziomie. Musimy dbać o swoje ciała, bo to są nasze maszyny i muszą być w jak najlepszym stanie. Taki poranny rozruch zajmuje mi do półtorej godziny. Później ogarniam się, jem śniadanie i biegnę na uczelnię. Zależy jakie to są zajęcia. Zazwyczaj staram się uczestniczyć we wszystkich, ale nie zawsze jest na to czas. Czasami jest poranny trening, czasami południowy, czasem idę na basen. To też zależy od cyklu treningowego w jakim się znajduję. Najcięższa jest zazwyczaj zima. W tym roku z racji tego, że Mistrzostwa Świata są bardzo przesunięte, bo zaczynają się jesienią, nasz cykl treningowy jest trochę wydłużony. W treningu zimowym jestem już od listopada i to jest bardzo ciężki trening. Jestem już bardzo zmęczona. Ale już niedługo, ponieważ pod koniec kwietnia wylatujemy na obóz klimatyczny do Turcji. Tam już troszeczkę będziemy odpuszczać z pracą. Natomiast starty zaplanowane są jeszcze na czerwiec, wiec musimy trochę pociągnąć z tą ciężką pracą.

Pozostając w temacie ciężkich treningów. Zaintrygowało mnie jedno ze zdjęć, które umieściłaś na swoim Instagramie. Czy rąbanie drewna masz już opanowane?

Zdecydowanie mam opanowane do perfekcji. Także zapraszam, jeżeli ktoś ma problem, za dużo drewna, ja jak najbardziej przyjdę i porąbię.

Jesteś sportowcem, ale też kobietą. W ubiegłym roku wzięłaś udział w odważnej artystycznej sesji zdjęciowej “(not) ordinary girl” / (nie) zwyczajne dziewczyny Aleksandry Szmigiel. Pokazałaś się z zupełniej innej strony? Lubisz siebie w takim „innym” wydaniu?

Trochę się bałam, trochę się wahałam, ponieważ wiedziałam, że jest to jednak rozbierana sesja. Ola pokazała nas jednak z takiej bardzo delikatnej strony. Niesamowicie spodobał mi się jej pomysł, ponieważ nigdy wcześniej nie widziałam takich zdjęć, tak wykonanych i tak pomalowanych ciał. Wyglądałyśmy jak jakieś antyczne rzeźby. Może miałam pewne obawy, co do tego, jak odbiorą tę sesję niektórzy ludzie. Nie da się ukryć, że byłam po nieudanym sezonie i byłam gotowa na to, że może pojawić się hejt w stosunku do mojej osoby. Liczyłam się z nieprzychylnymi komentarzami w stylu: weź się zajmij sportem, a nie zdjęciami.  Natomiast po tych ciężkich dwóch latach nie przejmowałam się tym aż tak bardzo. Cieszę sie, że wzięłam udział w tym projekcie. To nowe doświadczenie. I myślę, że zainspirowałyśmy też wiele kobiet do tego, by nie wstydziły się siebie, żeby pokazywały się takimi, jakie są i zaakceptowały. Musimy zaakceptować swoje ciało, musimy pokochać same siebie i myślę, że dopiero wtedy będziemy szczęśliwe.

Wydaje mi się, że musisz mieć bardzo dużą świadomość swojego ciała. Na co dzień przekraczasz nim niejednokrotnie granice nieprzekraczalne dla innych…

Jest tak, jak powiedziałaś. Musimy mieć tę świadomość swojego ciała. Musimy mięć przede wszystkim wiarę w to, że możemy pokonywać granice, że możemy je przekraczać. Jeżeli nie będziemy w siebie wierzyć, to nie zajdziemy daleko. Musimy momentami być takie butne, pyszne. Niektórzy ludzie nie potrafią tego zrozumieć. Uważają, że najważniejsza jest skromność. Ale są momenty, kiedy trzeba pokazać, że jesteś pewna siebie, rywale muszą się ciebie bać. Na stadionie rozgrywa się walka psychologiczna. To nie jest tylko pokaz siły fizycznej, ale też swojej psychiki. Jeżeli rywalki widzą, że ty wytrzymujesz psychicznie całe obciążenie, wtedy one zaczynają podupadać, one zaczynają się gubić. To cały czas jest walka na wielu poziomach. I to jest też ciężka praca. Z trenerem, z psychologiem cały czas pracujemy nad tymi wszystkimi aspektami, które można wyeksploatować do granic możliwości.

A gdybyś nie była kim jesteś i nie robiła tego, co robisz, kim mogłabyś być? Co chciałabyś robić?

To jest trudne pytanie. Zawsze byłam zafascynowana architekturą. Od dziecka uwielbiała malować, więc myślę, że gdyby nie sport, może poszłabym na architekturę, w jej bardziej w artystyczną stronę. Gdzieś w głębi duszy jestem artystką. Podążyłabym pewnie bardziej w kierunku projektów, rysowania, tworzenia. Myślę, że gdzieś tam można byłoby mnie znaleźć.

Jakie masz teraz plany sportowe? Jakie cele sobie stawiasz na najbliższy czas? A może i na dłuższy…

Z trenerem i psychologiem postawiliśmy sobie takie główne cele na ten sezon. Jedne z nich udało się już zrealizować, osiągnęłam te 60 metrów. W związku z tym moja głowa jest trochę spokojna, ponieważ wiem, że idziemy w dobrym kierunku. Udowodniłam sobie, że jednak mogę, jednak mi się udało. To jest duży plus. Główne cele na ten sezon to przede wszystkim walka o minimum na Mistrzostwach Świata, które odbędą się w tym roku w Katarze. Po drodze jest Uniwersjada w Neapolu, na którą bardzo chcę pojechać. Do tego różne inne meetingu, Mistrzostwa Polski pod koniec sierpnia odbędą się w tym roku w Radomiu. Będę tam również walczyć o tytuł Mistrzyni Polski. Generalnie walka o tytuły, ale też o udowodnienie sobie samej, że wróciłam, że z tym barkiem jest już w porządku, że jestem na dobrym poziomie i jestem gotowa, by walczyć w Tokio o podium ponownie.

Nie mogę o to nie zapytać. Wiem, że grałaś też w siatkówkę. Ostatecznie jednak zaczęłaś rzucać oszczepem. Dlaczego taki nietypowy wybór?

Mój trener Karol Sikorski, który wywodzi się z biathlonu, zawsze trafiał na osoby uzdolnione rzutowo. Zawsze trafiał na bardzo dobrych oszczepników. Sam też doszkala się w rzucie oszczepem. Zobaczył we mnie ten talent. Mam taką zdolność puszczania luźno stawów, mam bardzo luźne stawy. Co też nie jest do końca dobre, bo moje stawy skokowe wykręcają się już nawykowo. Ale dzięki temu, że mam luźne barki, mogę rzucać właściwie wszystkim. Trener to zobaczył, zachęcił mnie. Do rzutu oszczepem nadają się najbardziej. Jestem też całkiem szybka, dynamiczna, silna. Te cechy powinien mieć każdy oszczepnik. Tak po prostu wyszło. A z drugiej strony ta zdolność rzucania do ruchomego celu może się kiedyś przyda, kto wie 🙂

Red. Marta Śliwińska

Fot. Podlaskie24.pl

Udostępnij ten wpis:

  • Lider
  • gansa.pl – agencja interaktywna – strony internetowe

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o