Zabłudów. Czas kuligów

„Jest koń, są dzwoneczki, są sanie. Jest super” – mówili uczestnicy niedzielnego kuligu w Zabłudowie. W tych kilku słowach zawiera się wszystko, co najważniejsze. Kuligi za każdym razem udowodniają, że do dobrej zabawy nie potrzeba fajerwerków ani nowoczesnych atrakcji. Wystarczy śnieg, las, koń i ludzie, którzy chcą być razem.

Kulig bezniegu i koni – jak zgodnie podkreślają rozmówcy – nie jest prawdziwym kuligiem. A że w ostatnich latach zimy bywają kapryśne, tym bardziej warto korzystać z każdej okazji. „Nie zawsze mamy śnieg, więc trzeba korzystać, póki jest” – podkreślali ci, którzy cieszyli się każdą minutą spędzoną na saniach.

Dla wielu osób kulig to nie tylko zimowa atrakcja, ale też powrót do dawnych czasów. Wspomnienia z dzieciństwa wracają same. „Kiedyś to było na co dzień. Mój dziadek jeździł koniem do miasta, do kościoła, na zakupy. Dla niego to była codzienność” – opowiadał pan Grzegorz. Dziś konie spotyka się rzadko, a samochody stoją niemal pod każdym domem. I właśnie dlatego widok zaprzęgu w lesie budzi tak duże emocje – szczególnie u tych, którzy pamiętają, jak wyglądało życie przed laty.

Nie brakuje też opowieści o zimach, których już prawie nie ma. O potężnych zaspach, trzaskającym mrozie i saniach, które służyły jako szkolny autobus. „Dziadek zbierał wszystkie dzieci z okolicy, pakował nas do sań i wiózł kilka kilometrów do szkoły. Nie było telefonów, wszyscy wychodzili punktualnie. To była niesamowita frajda” – wspominała pani Katarzyna. Zdarzało się, że mróz sięgał trzydziestu stopni, a droga prowadziła tylko jedną, wydeptaną trasą przez zaspy. „Lekcje były krótsze, bo sanie przyjeżdżały tylko o jednej godzinie” – dodała z uśmiechem.

Dzisiejszy kulig to także spotkanie pokoleń. W saniach jadą obok siebie dzieci, rodzice i seniorzy. Wielopokoleniowe rodziny wspólnie spędzają czas, rozmawiają, śmieją się i wspominają. „Jesteśmy dużą rodziną i lubimy się spotykać. Od seniorów po maluchy – wszyscy świetnie się bawimy” – słyszymy. Są atrakcje dla najmłodszych, jest ognisko, kiełbasa i bigos, a wszystko w otoczeniu lasu, którego – jak podkreślają uczestnicy – nie da się zastąpić żadnym lokalem.

Kulig to również okazja do integracji. Przyjeżdżają zarówno mieszkańcy wsi, jak i miasta. Kiedyś to właśnie ci drudzy traktowali przejażdżkę saniami jako oderwanie od codzienności. „Ludzie z miast przyjeżdżali, bo dla nich to była atrakcja. Dla nas koń był na co dzień” – mówił pan Grzegorz. Dziś role się wyrównały, bo prawdziwego zaprzęgu z koniem coraz trudniej doświadczyć.

Organizatorzy podkreślają, że chętnych nie brakuje. Wystarczy pierwszy śnieg, a telefony zaczynają dzwonić. „Jest masa chętnych, ludzie chcą po prostu pojeździć końmi. Dla dzieci to coś zupełnie nowego” – zauważył pan Marcin. Wielu rodziców chce pokazać swoim pociechom, jak wyglądała kiedyś zima, zanim świat zdominowały ekrany i gry komputerowe. „To trochę odciąga dzieci od komputera. Zamiast PlayStation – kulig” – żartowali uczestnicy.

Ważną rolę odgrywa sam koń, który musi być odpowiednio przygotowany.  „To masa pracy przez cały rok. Koń musi ufać woźnicy. Jak mi wierzy, to się niczego nie boi” – tłumaczy pan Grzegorz. Przypomina też o zasadach bezpieczeństwa i o tym, że koń to nie maskotka, ale zwierzę użytkowe, które wymaga odpowiedniej opieki i szacunku.

Kuligi pokazują, jak bardzo tęsknimy za prostymi radościami. Za dźwiękiem dzwoneczków, skrzypieniem śniegu pod saniami i wspólnym ogniskiem po przejażdżce. „Koń, dzwoneczki i sanie – nic więcej nie trzeba” – mówili uczestnicy. A kiedy do tego dochodzi śnieg i dobra atmosfera, Podlasie pokazuje swoje najpiękniejsze, zimowe oblicze.

Red. Marta Śliwińska

Fot. Marta Śliwińska Podlaskie24.pl

0 0 votes
Article Rating
  • Lider nowy

Powiązane artykuły:

Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments

Partnerzy