W gospodarstwie Tomasza Cieślika z Pokaniewa tegoroczne żniwa zbliżają się do końca. Do skoszenia pozostały jeszcze ostatnie hektary żyta. Choć pogoda pozwoliła sprawnie przeprowadzić prace, rolnik podkreśla, że o powodach do optymizmu trudno mówić. Problemem są przede wszystkim niskie ceny, słabe plony i wysokie koszty produkcji.
– Żniwa już właśnie chylą się ku końcowi, już sama końcówka została. Jeszcze dwa dni zostało nam koszenia żyta i można powiedzieć, że w tym roku żniwa można odtrąbić – mówi Tomasz Cieślik.
Jak podkreśla, sam przebieg prac polowych nie był największym problemem. Znacznie gorzej wygląda ekonomiczne podsumowanie sezonu.
– W tym roku żniwa bardzo ciężkie. Może jeśli chodzi o koszenie, to nie jest źle, bo pogoda dopisuje. Natomiast jak bardziej chodzi o nastroje, o ceny, o wydajność, której nie ma, to najgorsze. Koszty tak samo są bardzo wysokie – zaznacza rolnik.
Po podliczeniu wszystkich wydatków okazuje się, że produkcja zbóż w gospodarstwie przestaje być opłacalna.
– Jak Excela podliczamy, to wychodzi, że jednak trzeba dołożyć bardzo dużo. Gdyby nie ta słoma, która zostaje na tych polach, którą musimy przywieźć dla naszych zwierząt, to myślę, że tu nie ma sensu. Uprawa polowa w naszym przypadku nie opłaca się – mówi Cieślik.
„Bardzo słabe nastroje wśród rolników”
Problemy dotyczą nie tylko produkcji roślinnej. Rolnik zwraca uwagę również na trudną sytuację producentów mleka. Jak mówi, niska cena mleka utrzymuje się już od około półtora roku.
– Wszyscy się z tym borykamy, bardzo słabe nastroje wśród rolników. Cena mleka już półtora roku jest bardzo niska, czekamy, kiedy to odpuści. Nie widać na razie jakichś symptomów, ale trzeba wytrzymać. Po prostu trzeba wytrzymać jeszcze 2-3 miesiące – ocenia.
Zdaniem Tomasza Cieślika jednym z sygnałów mogących zapowiadać zmianę sytuacji jest coraz większa liczba rolników rozważających ograniczenie lub zakończenie produkcji.
– Wszyscy chcą rezygnować, ale to nie ma już zasady, czy duży, czy mały. Po prostu każdy mówi, że się nie opłaca i chce rezygnować z produkcji – mówi.
Rolnik uważa, że przemysł mleczarski w końcu będzie musiał zareagować, ponieważ bez producentów nie będzie miał surowca.
– Oni doskonale o tym wiedzą, że muszą mieć dostawców, bo po prostu ich nie będzie – podkreśla.
Jednocześnie nie jest przekonany, że samo ograniczenie produkcji przez rolników automatycznie doprowadzi do wzrostu cen.
– Patrzę ze swojej perspektywy, iluś lat, ileś tych kryzysów przeżyłem. I tak ze swojego doświadczenia wcale to nie jest powiedziane, że będzie brak surowca. Rok do roku był brak surowca w całej Europie, a teraz nagle jeden rok i wszystko się zawaliło, nagle tego surowca jest tyle, co trzeba. Nie wierzę w to – zaznacza.
Ukraina dodatkowo komplikuje sytuację
W rozmowie Tomasz Cieślik wskazuje także na import produktów z Ukrainy, który – jego zdaniem – dodatkowo pogarsza pozycję polskich rolników.
– Ukraina na pewno pogarsza nam sytuację i pogarsza nam sprawy i miejsce, w którym się znajdujemy. My jako dostawcy nie mamy żadnej karty przetargowej – mówi.
Producent mleka nie może bowiem wstrzymać sprzedaży surowca i poczekać na lepszą cenę. Mleko musi zostać odebrane i przetworzone w krótkim czasie.
– Nasz surowiec trzeba po dwóch dniach przerobić, bo inaczej można go wylać do rowu. Nie możemy go odstawić, sprzedać za rok. Każdy ma kredyty, każdy ma zobowiązania i trzeba zapłacić – tłumaczy.
Według rolnika problemem jest również brak realnych mechanizmów wsparcia dla producentów.
– Cały czas słyszymy o wsparciu, można powiedzieć już od początku roku, ale tego wsparcia nie ma. To po co o tym wsparciu gadać, kiedy go nie ma? – pyta.
Koszty rosną, a produkcja coraz mniej się opłaca
Zdaniem Tomasza Cieślika nawet ewentualny wzrost ceny mleka nie musi oznaczać poprawy sytuacji gospodarstw. Wraz z cenami produktów rolnych mogą bowiem rosnąć również koszty.
– Przede wszystkim na początku cena mleka musi iść do góry, ale też to jest taka ułuda, bo za cenami mleka pójdą jeszcze ceny kosztów. Więc ja bym nie upatrywał we wzroście ceny mleka naszej dobrej sytuacji – podkreśla.
Jako przykład dobrej koniunktury rolnik przywołuje okres pandemii COVID-19. Wówczas cena mleka była wysoka, a koszty produkcji znacznie niższe.
– Bardzo dobra sytuacja była w czasie COVID-u, kiedy mleko mieliśmy po 1,70 zł, a koszty były bardzo niskie. To była taka sytuacja, że my tanio produkowaliśmy mleko – wspomina.
Dziś, jak mówi, przy podobnej cenie mleka sytuacja gospodarstw wygląda zupełnie inaczej.
– Teraz przy 1,70 zł co drugie gospodarstwo chce rezygnować, a myślę, że dwie trzecie chce ograniczać produkcję – mówi.
Do wysokich kosztów dochodzi między innymi cena paliwa.
– Od wiosny mamy ropę po 8 zł, w okolicach 8 zł. (…) Tak czy tak była podwyżka tej ropy – zauważa.
„Drenujemy nasze portfele”
Tomasz Cieślik podkreśla, że obecnie wiele gospodarstw dokłada do produkcji, licząc na poprawę sytuacji w przyszłości.
– Gospodarstwa, które w chwili obecnej są, one dokładają do produkcji, czy to zbożowej, czy mlecznej, tak jak w moim przypadku. I te gospodarstwa są drenowane, portfele gospodarstw są drenowane. Po prostu my dokładamy, wierząc, że za jakiś czas będzie dobrze – mówi.
Problem w tym, że rolnicy nie mają pewności, czy sytuacja rzeczywiście się poprawi.
– Gdybyśmy wiedzieli, że za rok będzie znowu ta sytuacja jeszcze gorsza, to możemy równie dobrze powiedzieć: koniec. W tym momencie się zatrzymujemy, nie ponosimy więcej kosztów – zaznacza.
Gospodarstwo Tomasza Cieślika opiera się na kilku kierunkach produkcji. Oprócz mleka prowadzona jest produkcja zbożowa i wołowa. Jak mówi rolnik, jeszcze niedawno sprzedaż bydła pozwalała równoważyć straty z innych działalności.
– Sprzedaż byków na mięso w tamtym roku była bardzo dobrym biznesem i naprawdę łatała wszystkie nasze dziury. Tak w tym roku już to zaczyna być coraz gorzej – przyznaje.
Najgorzej wygląda obecnie produkcja zbóż.
– Produkcja zbożowa jest na kolanach. Nie dość, że jest cena sprzed 25 lat za produkty, to jeszcze i wydajność na tym polu jest dramatyczna – mówi.
W jego gospodarstwie plony są dalekie od poziomu, który pozwalałby pokryć wszystkie poniesione wydatki.
– 3 tony pszenicy z hektara i 4 tony, tak jak w moim przypadku, żyta, no to ja nie jestem w stanie pokryć wszystkich kosztów, jakie wydałem na uprawę zboża – podkreśla.
Rolnik apeluje: „Wytrzymajcie jeszcze trochę”
Mimo trudnej sytuacji Tomasz Cieślik nie traci całkowicie nadziei na poprawę.
– Wytrzymajcie, drodzy rolnicy, jeszcze trochę. Kiedyś musi odpuścić ta bieda, myślę, że to odpuści – mówi.
Jednocześnie zwraca uwagę na kolejne zagrożenie dla europejskiego rolnictwa, jakim może być konkurencja z krajów Mercosur. Jego zdaniem polscy producenci nie mają równych warunków konkurencji.
– W takiej cenie, jak my mamy, to my jesteśmy konkurencyjni z Mercosurem? To oni kupują od nas, więc trzeba się zastanowić, w którą to stronę idzie przy bardzo drogich uprawach, przy środkach, których nie możemy stosować, a które tam się stosuje, przy wegetacji, która tam jest 12 miesięcy w roku, u nas wiadomo – sześć miesięcy – zauważa.
Jak podkreśla, europejskie rolnictwo powinno być chronione przed napływem produktów wytwarzanych według innych standardów.
– Po to jest Unia, po to są granice, po to są kontyngenty, żeby jednak tego respektować, żebyśmy byli chronieni – mówi.
Na koniec rolnik ostrzega, że dalsze wypieranie krajowych producentów może mieć konsekwencje nie tylko dla gospodarstw, ale również dla całego sektora przetwórczego.
– Przyjedzie gotowy ser, gotowe mleko w proszku. No i wtedy się skończy gdybanie. Wtedy będą lamenty i znowu będzie opowiadanie, że to są nasze spółdzielcze mleczarnie i powinniśmy je ratować. Jak jest sukces, to wtedy ojców jest dużo, natomiast w kryzysie to szuka się zawsze winnego – podsumowuje Tomasz Cieślik.
ArrayRed. Marta Śliwińska
Fot. Marta Śliwińska Podlaskie24.pl



