To już piąte pokolenie. Rodzinna pasja do koni trwa mimo trudnych czasów
– Szkoda byłoby to wszystko zostawić – przyznaje Piotr Mikulski ze wsi Kapice, hodowca koni, który od lat z rodziną rozwija swoje stado. Dziś największym wyzwaniem nie jest jednak sama praca przy zwierzętach, lecz brak następców i coraz słabsza opłacalność hodowli. Na szczęście w rodzinie Mikulskich pasja do koni nie gaśnie – przejmuje ją najmłodsze pokolenie.
Dla Piotra Mikulskiego konie to coś znacznie więcej niż sposób na życie. To tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie i codzienność, która od lat wyznacza rytm dnia całej rodziny.
– „To już można powiedzieć, że piąte pokolenie. Dalej moja pamięć nie sięga, tylko z opowieści, ale konie po prostu lubimy. Człowiek się do tych zwierząt przywiązuje i szkoda byłoby to wszystko zostawić” – mówi hodowca.
Choć pasja trwa od wielu lat, przyszłość hodowli nie jest dziś oczywista. Coraz mniej młodych ludzi decyduje się na pracę przy koniach.
– „Nowego pokolenia jest coraz mniej. Młodzież patrzy przede wszystkim na opłacalność, a ta dziś nie jest adekwatna do ilości pracy. Źrebaka trzeba odchować, codziennie rano i wieczorem nakarmić. To wymaga ogromnego zaangażowania” – podkreśla.
W rodzinie Mikulskich jest jednak nadzieja, że tradycja będzie kontynuowana. Syn Tomasz już dziś większość wolnego czasu spędza w stajni.
– „Teraz to tak fajnie, bo nie mam co w domu robić, to przyjeżdżam z tatą i pomagam” – mówi z uśmiechem.
Na pytanie, czy woli konie od szkoły, odpowiada bez wahania:
– „Tak. W szkole nie ma co robić, a tutaj mogę zawsze przyjść, posiedzieć, pogłaskać konie. Teraz najczęściej przynoszę im jabłka.”
Swoją przygodę z jazdą konną rozpoczął bardzo wcześnie.
– „Od początku, jak zacząłem jeździć, miałem chyba pięć lat. Jeżdżę na trzech kobyłach i jednym ogierze.”
Ojciec nie ukrywa, że syn bardzo przeżywa los każdego zwierzęcia.
– „On nie może być złym hodowcą, bo wszystko by zostawił. Jak sprzedajemy konia, to łezka mu się w oku kręci. Nawet oferował mi swoje pieniądze z komunii, żeby tylko któregoś zostawić.” – opowiada Piotr Mikulski.
Hodowca podkreśla, że przygotowanie konia do wystaw trwa miesiącami i wymaga ogromnej cierpliwości.
– „Już późną jesienią myślę, z którym koniem pojadę na wystawę w następnym roku. Przygotowuję go krok po kroku – grzywa, korekcja kopyt, trening. A najgorsze jest to, że dzień przed wystawą może zakuleć i cała praca idzie na marne.”
Jak zaznacza, sukces na ringu zależy nie tylko od przygotowania.
– „Wszystko zależy od konia – od jego charakteru, przygotowania i tego, czy będzie chciał się pokazać. W domu zachowuje się zupełnie inaczej niż na wystawie, gdzie nowe miejsce i emocje robią swoje.”
Piotr Mikulski zwraca uwagę, że hodowla to znacznie więcej niż samo rozmnażanie zwierząt.
– „Chów to jest pokryć klacz i sprzedać źrebaka. My zajmujemy się hodowlą. Dobieramy ogiery, chcemy poprawić ruch, budowę, cały materiał hodowlany. Do czegoś dążymy.”
Nie ukrywa jednak, że ostatnie lata są dla hodowców wyjątkowo trudne.
– „Trzeci rok jest dołek. Konie utrzymują się jeszcze same z siebie, bo zimą były kuligi, latem bryczki, ale nie wiadomo, jak będzie dalej. Musimy z czegoś żyć, utrzymać rodzinę.”
Jednocześnie podkreśla, że zawsze stara się znaleźć dla swoich koni dobry dom.
– „Jeśli koń nadaje się do dalszej hodowli, wolę wziąć nawet 500 zł mniej, ale sprzedać go ludziom niż oddać na rzeź. Niech żyje i cieszy czyjeś oko.”
Hodowca przyznaje, że mimo zmęczenia i chwil zwątpienia nie potrafi zrezygnować z tego, co budował przez całe życie.
– „Ile razy mówię sobie, że już się nie chce. Ale minie tydzień i znowu się chce. Najbardziej cieszy, kiedy urodzi się nowy źrebak. Wtedy człowiek znowu chodzi do stajni z uśmiechem.”
Red. Marta Śliwińska
Fot. Marta Śliwińska Podlaskie24.pl


















