Tego jeszcze w Kaniukach nie było!


 „Tego jeszcze w Kaniukach nie było!” – te słowa powtarzali niemalże wszyscy uczestnicy festynu w Kaniukach. 4 sierpnia niewielka wieś położona nad Narwią niemalże pękała w szwach. Barwnie, radośnie i gwarno – tak w skrócie można opisać pierwsze nadnarwiańskie święto białoruskiej piosenki!

Mieszkańcy wsi to przede wszystkim prawosławna ludność wschodniosłowiańska– niezwykle otwarta i gościnna, a co najważniejsze – z ogromną starannością pielęgnująca i kultywująca swój folklor i obrzędy, czego po raz kolejny dali dowód.

 „Sami swoi”

„AS”, „Kalinka”, „Reczańka”, „Czerwone Szpilki”, „Słowiańska Nuta”, „Łastauki” – w niedzielne popołudnie na jednej scenie zaprezentowało się wiele wspaniałych zespołów śpiewających białoruskie pieśni. Gościem specjalnym był „Bahacz” z Mińska. Wśród artystów znalazł się również zespół „Rosy” z Ryboł, który w tym roku obchodzi dziesięciolecie swojej działalności.

„Z racji tego, że nasze wsie ze sobą sąsiadują, to jest to impreza jeszcze bliższa naszemu sercu. Nie tylko ze względu na repertuar, ale też ze względu na znajomość. Bo znamy się jako zespoły, znają się też mieszkańcy. Zawsze jest nam miło, kiedy możemy ze sobą współpracować” – podkreślała Adriana Bielicka, kierownik zespołu „Rosy”. „Dzisiejsze wydarzenie jest ważne nie tylko dla zespołów białoruskich, ale też dla całej społeczności białoruskiej. Pokazuje, jak można kultywować tradycję, czyli to, co większość wynosi z domu rodzinnego. Młodzież często zapomina o swoich korzeniach i dziś jest dobra okazja, by je przybliżyć i zachęcić młodych, chociażby do występów” – dodała.

Piękny przykład sąsiedzkiej współpracy

Festyn w Kaniukach to dowód na to, że w małych miejscowościach i ich mieszkańcach drzemie ogromny potencjał. Wystarczy go dostrzec i w odpowiedni sposób wykorzystać. Jak podkreślają organizatorzy, potrzeba takiego spotkania tkwiła w mieszkańcach miejscowości od dawna. Stąd też nazwa wydarzenia: Tego jeszcze w Kaniukach nie było!

„Oni sami to zrobili. Pomogli mi we wszystkim, podtrzymywali na duchu. To mieszkańcy byli tą inspiracją” – nie krył swojej wdzięczności Mirosław Turowski. sołtys wsi Kaniuki. „W mieszkańcach Kaniuk tkwi wielki potencjał, tylko jeszcze nie wszyscy do końca o tym wiedzą. A dziś dali dowód swoich umiejętności. Tam, gdzie teraz trwa zabawa, jeszcze niedawno były krzaki i zarośla. A teraz pięknie to wszystko zostało uporządkowane. Nawet wystrój naszej świetlicy wiejskiej, który był w opłakanym stanie, a teraz niejedna nowa świetlica nie powstydziłaby się takiego wystroju” – chwalił sołtys.

Pomysł organizacji imprezy zrodził się  spontanicznie.

„Takie inicjatywy trzeba wspierać. Jeżeli ktoś chce coś zrobić, to trzeba mu stworzyć dobre warunki i motywować go. I jeżeli człowiek ma obok siebie takich ludzi, to rzeczywiście coś z tego wychodzi. Efekt jest niezwykły” – podkreślała Grażyna Charytoniuk-Michiej, sołtys pobliskiej wsi Ciełuszki.

Mały nie zawsze znaczy gorszy

I chociaż Kaniuki liczą niewielu „stałych” mieszkańców, to w okresie letnim miejscowość ożywa. Pojawiają się wczasowicze. I trudno się dziwić, bo to miejsce niezwykłe, położone w malowniczej Dolinie Górnej Narwi. Przebiega tu też Podlaski Szlak Bociani, zachwyca unikalna drewniana architektura i niespotykana ludzka gościnność.

 „Wydawało się, że do takiej małej wsi nie uda się ściągnąć tłumów ludzi po to, by przyjechali posłuchać starych pieśni białoruskich. A okazało się, że mały nie zawsze oznacza gorszy. Są tu dzisiaj z nami ludzie z okolicy, ale jest też kilku turystów z Polski, którzy przyjechali na wypoczynek. Dla niektórych z nich jest to inny świat” – podzielił się swoimi wrażeniami Marek Korniluk.

Ludzie i muzyka stąd

 „Widać, że ludzie dobrze się czują i dobrze się bawią. Mamy tutaj naszą ludność prawosławną, w większości białoruską. Dlatego też muzyka została bardzo dobrze dobrana, ponieważ ta muzyka jest stąd. Tu ludzie nie przyjechali znikąd. Oni po prostu są stąd od wieków. I od wieków to był ich język, czy to była gwara, czy język białoruski. A teraz w większości jest to język polski. Ludzie to wszystko czują, to gdzieś w nich zostaje. Nikt ich nie wyrwie z tych korzeni, gdziekolwiek by oni nie byli” – opowiada Grażyna Charytoniuk – Michiej.

Uczestnicy imprezy nie kryli swojego zadowolenia. Dla wielu z nich, poza rozrywką, był to niemalże sentymentalny powrót do lat młodości.

„U nas teraz są takie opuszczone wsie. Zostali sami starsi, młodych prawie nie ma. A ten festyn jest okazją, żeby gdzieś wyjść, coś zobaczyć. Piękne zespoły. Bardzo mi się podoba. Brakowało takiej imprezy. Kiedyś z koleżanką miałyśmy swój zespół w  Pawłach. Jeździłyśmy na różne konkursy i zawsze zajmowałyśmy pierwsze miejsca. Teraz większość naszych koleżanek odeszła, zespół się rozpadł, wszystko zaginęło” –  sięgnęła pamięcią wstecz pani Nadzieja z pobliskich Pawłów.

„Śpiewamy i w cerkwi w chórze i w wielu innych miejsca. Bardzo to lubimy, dlatego tutaj przyjechałyśmy. Te wszystkie pieśni są dla nas znajome. Nuciłyśmy je razem z zespołami” – dodała pani Nina.

Red. Marta Śliwińska

Fot. Marta Śliwińska

0 0 votes
Article Rating
  • Lider nowy

Powiązane artykuły:

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Partnerzy