Wiosenne opryski u Agnieszki i Jarka z Bronowa. „Komosa jest, trzeba atakować!”

 

Wiosna na dobre rozkręciła się na podlaskiej wsi, a wraz z nią rozpoczęły się intensywne prace polowe. U Agnieszki i Jarka z Bronowa nie ma czasu na odpoczynek — trzeba przygotować opryskiwacz, wymieszać preparaty i ruszać walczyć z chwastami, które po ostatnich deszczach zaczęły rosnąć jak szalone.

— „Jak się nie opryska tych chwastów, to zagłuszą zboże i zostaną tylko chwasty” — tłumaczy Jarek, krzątając się przy opryskiwaczu.

Pracy jest sporo. 

— „A nie lepiej wlać cztery litry płynu i czterysta litrów wody?” — dopytuje Agnieszka.
— „No pewnie, że nie lepiej!” — odpowiada z uśmiechem Jarek.

Przy gospodarstwie pomagają także młodsi domownicy. Adam pomaga rozciągać przewód do wody i pilnuje, żeby wąż nie uciekł ze zbiornika. W międzyczasie wszyscy komentują ostatnie naprawy starego ciągnika.

— „Ciekawe czy bestia zapali” — śmieje się gospodarz. 

Najważniejsze jednak są pola. Tegoroczna wiosna nie była łatwa. Przez niekorzystną pogodę zboże wschodzi nierównomiernie.

— „Niektóre ziarno powychodziło, a niektóre dopiero wschodzi. Będzie nierówno dojrzewać, ale teraz po deszczu ruszyło” — opowiada Jarek.

Na polu największym problemem okazuje się komosa i inne chwasty, które błyskawicznie wykorzystują wilgoć.

— „Komosa jest, trzeba atakować komosę, żeby zboże mogło rosnąć” — mówi podczas oprysku rolnik.

Gospodarz podkreśla, że dziś gospodarowanie wygląda zupełnie inaczej niż dawniej. Teraz potrzebne są szkolenia chemizacyjne, odpowiednie uprawnienia, a opakowania po środkach ochrony roślin trzeba oddawać do sklepu.

— „Kiedyś baniaki rzucali po krzakach. Teraz ekologia weszła i wszystko trzeba zwracać” — zauważa.

Mimo nowoczesnych opryskiwaczy Jarek nadal pamięta opowieści starszych gospodarzy.

— „Kiedyś chłopy chodzili i wycinali chwasty ręcznie, bo nie było opryskiwaczy” — wspomina.

Podczas pracy nie zapomina także o pszczołach. Opryski wykonuje dopiero wieczorem, gdy owady wracają już do uli.

— „Szkoda pszczółek. Jak nie będzie pszczół, to nie będzie nas” — mówi poważnie.

Po kilku godzinach pracy opryski są zakończone. Na koniec znajduje się jeszcze chwila na drobne przyjemności. Wracając z pola, Jarek zrywa pachnące bzy dla Agnieszki.

— „Agnieszka strasznie bzy lubi. Jak jest w nich więcej niż cztery kwiatki, to szczęście” — śmieje się gospodarz, wręczając bukiet.

Red. Marta Śliwińska

Fot. Marta Śliwińska Podlaskie24.pl

0 0 votes
Article Rating
  • Lider nowy

Powiązane artykuły:

Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments

Partnerzy